Dark Sector - predator z glaive

Wczoraj pisałem o grze Twin Sector, a dziś przyszła kolej na zupełnie inny sektor, Dark Sector. Po raz kolejny dzięki CDAction na moim komputerze zagościła pełna wersja tej gierki. Dodajmy - a nie zdarza się to często - gościła na nim przez dobre kilkanaście godzin.

Najpierw parę słów wstępu dla osób, które do tej pory nie zetknęły się z tą produkcją. Otóż Dark Sector to konsolowa (co rozpozna nawet taki laik jak ja) gra akcji polegająca na eksterminacji kolejnych mobów i bossów za pomocą specjalnego trójostrzowego bumerangu zwanego gleive. Fabuła gry jest o tyle interesująca, że toczy się w fikcyjnej republice (post)radzieckiej, w dodatku w odpowiednio szaroburych barwach. Oczywiście nie ma w niej nic zaskakującego a przy tym w kolejnych cut scenkach podawana jest bardzo chaotycznie, jednak zawsze to jakaś miła odmiana. W skrócie: pratagonista którym sterujemy (kamera umieszczona jest nad jego ramieniem) to komandos, który na początku ma zapobiec dostaniu się groźnego mutacyjnego wirusa w ręce głównego villaina, jednak oczywiście sam zostaje nim zainfekowany co nie tylko daje mu dodatkową motywację ale i zwiększa szanse na wykonanie misji. Zastosowano przy tym ciekawy myk: do zarażenia dochodzi nie przed grą, ale po jej pierwszym etapie.

Pierwszym i najważniejszym objawem mutacji jest możliwość rzucania wspomnianym już trójostrzem. To główny feature tej gry. Kolejne etapy polegają bowiem na przemierzaniu kolejnych plansz i - zwykle po przyczajeniu za jakąś osłoną -systematycznemu eliminowaniu kolejnych przeciwników. Wraz z postępem nasz bohater zyskuje dodatkowe możliwości, jak chociażby sterowanie gleive w bullet-time, czy generowanie ochronnej tarczy a później niewidzialności. Samo ostrze może z kolei zostać naładowane z poumieszczanych na planszy źródeł ogniem, elektrycznością czy lodem co pozwala nie tylko skuteczniej robić krzywdę wrogom, ale i pokonywać bardziej naturalne wyzwania, np. spalić blokującą dalszą drogę narośl.

Oprócz ostrza nasz bohater uzbrojony jest również w pistolet, a opcjonalnie może w obu dłoniach dzierżyć i karabin. Broń kupujemy (przez zebrane ruble) i ulepszamy (za pomocą znajdek) na tzw. czarnym rynku, czyli poumieszczanych tu i ówdzie studzienkach kanalizacyjnych. Oprócz własnego arsenału istnieje możliwość wykorzystania broni bardziej ludzkich przeciwników, z tym, że ta ma zainstalowaną “antymutantową” blokadę. Po kilkunastu sekundach strzelania eksploduje naszemu - przecież zarażonemu - Hayden’owi w dłoniach. Oprócz standardowych karabinów (warto dodać, że niektóre wyposażone są w snajperskie lunety), w grze możemy zdobyć też prawie działo noszone przez jeden z rodzajów super żołnierzy, oraz w - w sumie zawsze tam gdzie to konieczne do przejścia dalej - wyrzutnię rakiet umożliwiającą zestrzelenie helikoptera. W kilku miejscach możemy też skorzystać ze stacjonarnych ciężkich karabinów maszynowych (z tym, że gdy do nich dotrzemy zwykle nie ma już do kogo strzelać), oraz pojeździć i oczywiście postrzelać jackal’em - czymś w rodzaju małego mecha.

Jeżeli mowa o przeciwnikach, to niestety spotykamy ich tylko kilka rodzajów. Są to zarówno żołnierze w kilku odmianach jak i kilka typów mutantów - mniej lub bardziej skoczne wilkołakopodobne stwory, niektóre z umiejętnością predatorowego kamuflarzu, oraz istoty nieodparcie kojarzące się z zombie. Miłym akcentem jest to, że obie grupy przeciwników bynajmniej nie pałają do siebie sympatią i czasem warto poczekać chwilę, aż przetrzebią się wzajemnie. Osobna sprawa to bossy, czyli specjalni przeciwnicy zwykle na końcu etapu. To moim zdaniem jeden z minusów gry, bowiem walka z każdym z nich wymaga nawet nie odmiennej taktyki, ale wręcz schematu. Przyznam się, że w tych momentach zmuszony byłem korzystać z solucji.

W Dark Sector gra się bardzo przyjemnie, lokacje utrzymane w konsekwentnie szaro-burym i raczej indrustrialnym klimacie są ciekawe i względnie zróżnicowane, a rozrywkę - oprócz różnych dodatkowych zadań - umilają efektowne - acz powtarzalne - finiszery, czy nawet QTE (znaczy konieczność naciśnięcia odpowiedniego klawisza) gdy nasz bohater wejdzie w zbyt bliski kontakt z którymś z wrogów. Trzeba jednak stwierdzić, że momentami podchody Hayden’a robią się trochę nużące, a gra robi się zbyt statyczna i powtarzalna. Owszem cieszy kolejne trawienie mrożącym glaive ukrytego za winklem żołnierza, a gdy do eliminacji pozostało jeszcze pół tuzina, zaczyna robić się trochę nudno. Do tego trzeba dodać dosyć “ciasne” lokacje ograniczające np. zaskoczenie wrogów od tyłu. Niestety pod względem tak dynamizmu rogrywki, jak i możliwości wypracowania własnego stylu i strategii walki z utrzymanych w podobnym stylu - czyli post Gear War’sowych chowanko-strzelanek - gier niedoścignionym wzorem pozostaje dla mnie Rogue Trooper.

Mimo wszystko w Dark Sector grałem długo i z przyjemnością. Niestety, nie udało mi się go ukończyć. Po dotarciu do 10 z bodajże 12 misji utknąłem na pojedynku z Nemezis - przybocznym mutantem Głównego Złego. Może jeszcze spróbuję go pokonać, a wtedy na pewno o tym napiszę :)

Leave a Reply